Nie sądziłam ze jest to możliwe ... Że zacznę się uśmiechać ... Że znajdę kogoś kto sprawi ze poczuję się wartościowa, piękną kobieta, bo niby na jakiej podstawie ? Aż tu nagle jeden dzień... Przyszedł ON i przewrócił cały mój świat do góry nogami. Wszyscy wiedzą, ze nie zapomnę o tym co przeżyłam i że nie przestanę czuć paraliżującej pustki po utracie przyjaciela (a był to ktoś dużo więcej niż tylko przyjaciel) Ale ten jeden mężczyzna zmienił wszystko. Nie każe mi zapomnieć... zostawić za mną cały mój balast doświadczeń i miłości. Po prostu walczy o swoją miłość i o moje szczęście. Nigdy nie przeżyłam czegoś takiego i nawet jeśli miało by to trwać miesiąc czy dwa to ten człowiek wniósł w to moje życie bardzo wiele radości i pewności siebie, nauczył mnie jej... pokazał mi że jestem piękna i ważna. I choć może to brzmi śmiesznie nauczył mnie mnie samej... Nie jest to jednak tak kolorowe bo każdego dnia muszę walczyć o NAS ze wszystkimi dookoła. Z całym światem. Z mamą i tatą... siostrami i rodziną ale na dzień dzisiejszy jest warto.
Nie pamiętam kiedy ostatnio po prostu wstałam rano i wiedziałam że to będzie dobry dzień. Że mam po co wstać i dla kogo się uśmiechać. Jestem mu za to bardzo wdzięczna :) I szczęśliwa.
Kiedy nadejdzie czas gdy będę w stanie postawić kropkę? Kiedy będę w stanie odciąć przeszłość grubą kreską? Bo jeśli żyje się wczorajszym dniem to nie żyje się wcale. Jak przekreślić każdy uśmiech? Każdy pocałunek? Każde KOCHAM? Niby go nie ma a jest wszędzie gdzie spojrzę... wszędzie gdzie sie pojawię widzę jego oczy... W radio leci za dużo jego ulubionych kawałków a po domu wala się ze dużo rzeczy od niego. Ile musi minąć czasu zanim stanę na własnych nogach we własnym życiu i będę silniejsza ? Ile dni jeszcze minie zanim zacznę doceniać to co było dobre w tym wszystkim a zapomnę ostatnie dni naszej znajomości ? Kiedy zacznę dziękować za każdy mój uśmiech spowodowany jego osobą bez nienawidzenia faktu że go juz nie ma, że okazał sie kimś innym ? Czy kiedyś pokocham te wspomnienia? Kiedy ta dziura w sercu przestanie tak bardzo boleć? Kiedy przestanie płonąć moja klatka piersiowa? Nigdy nie zdawałam sobie sprawy z tego że można codziennie miec wilgotne oczy... że można wyjść z domu i rzez 2 godziny zalewać się płaczem krzycząc w przestrzeń... Jak można tak cierpieć? Kim on musiał dla mnie być...
Codziennie wieczorem pozwalam sobie myśleć że gdy rano się obudzę to On znowu będzie... Będzie obecny w NASZYM życiu... I codziennie rano od dwóch miesięcy jestem zawiedziona faktem ze się obudziłam... Bo go nadal nie ma... Żałosne co ? To wszystko jest tak żałosne. A najgorsze jest to ze na pytanie dlaczego on to zrobił... dlaczego mnie zostawi mogę odpowiedzieć tylko : NIE WIEM... bo wciąż nie wiem...
Przestałam pisać w zaszycie... na papierze (choć kiedyś była to dla mnie świętość). Przestałam bo chyba bałam się ze jeśli już straciłam jakąś systematyczność to nie będę w stanie odtworzyć każdej przeżytej emocji... Wzięłam ostatnio mój zeszyt do ręki... Przeglądałam strony ale nie chciałam czytać... Za wcześnie na roztrząsania "początku końca'' lecz nim się obejrzałam już byłam w połowie moich zapisków. Tak długo oddalaliśmy się od siebie... 10 dni przed rozstaniem był mój ostatni wpis... Napisałam że się przy nim dusze. Że nie jestem pewna czy JA go nadal potrzebuje ale wiem ze on już nie potrzebuje mnie. I tak bardzo myliłam się w obu tych kwestiach. Szkoda ze wiem to teraz a nie wtedy kiedy powinnam się ocknąć. Dzisiaj usłyszałam jego imię i aż mi serce podskoczyło do gardła. Nie spodziewałam się takiej reakcji po samej sobie. Jasne... nie sądziłam że poszłam w jakikolwiek sposób do przodu ale nie miałam pojęcia że tak zareaguję.
Czytając to moje życie zapisane na marnych kilku kartkach... Całkiem chaotycznie... bez ładu i składu Dochodzę do wniosku ze z każdym przeczytanym słowem (patrząc przez perspektywę czasu i żalu) Jestem coraz bardziej winna. To ja odsunęłam go od siebie. Stwierdziłam, że skoro on nie chce poznać moich znajomych i spotykać się z nami to będę to robić sama. Zaczęłam robić ZA DUŻO rzeczy sama. Zaczęliśmy być bardziej osobno niż razem. Czy ja kiedyś przestanę analizować ostatnie 5 miesięcy i ruszę na przód?
Boje się ze wszystko było kłamstwem. Bo z logicznego punktu widzenia... Kiedyś gdy każde z nas było zajęte i spotykaliśmy się przez 2 tygodnie tylko w szkole (nigdzie nie wychodziliśmy, nie siedzieliśmy razem... nie milczeliśmy...) Mówił że się stęsknił ze mną... A teraz? Za 11 dni minął 2 miesiące totalnej samotności a on nie napisał słowa... Nie tęskni... czyli wszystko było tylko kłamstwem... Tylko albo aż...
Chciałabym zawalczyć... napisać żebyśmy sie spotkali (choć dobrze wiem ze by nie odpisał) A do tego czułabym sie tak żałośnie. Chciałabym walczyć ale chyba nie ma o co ...
Poszłam na spacer... nie umiałam myśleć... nie umiałam się skupić... Za to poczułam: podmuch wiatru... jakże delikatny a jakże przeszywający i zimny, poczułam krople deszczu, zapach skoszonej trawy i uderzający w twarz i serce ból. Coraz częściej łapię się na tym, że zapominam iż wszystkie moje wspomnienia miały miejsce naprawdę... że to nie był tylko sen. Ale tak namacalnie go nie ma, że aż trudno w tym momencie uwierzyć, że kiedyś był... Tak idealny... tak blisko... tak szczerze... po prostu był. Jak przypominam sobie pierwszy dnień gdy złapał mnie za rękę to nie umiem powstrzymać kręcącej się w oku łzy. A potem usłyszałam piosenkę... Tą którą kiedyś mi puścił mówiąc, ze jak ją usłyszał to od razu pomyślał o mnie. Aż mi sie serce. To wszystko zaczyna się robić nudne jak flaki z olejem ale nic nie umiem poradzić na to, że tak reaguję. Tak się boję... boję się ze ten żal i strata zamieni się w gniew i nienawiść i jeżeli kiedyś przyjdzie taki dzień i on zrozumie tą prawdziwą przyjaźń która nas łączyła to ja nie będę w stanie uwierzyć juz w niego... nie mówiąc nawet o NAS... Trochę żałuję że nie pisałam tu o nim wcześniej... że mimo problemów sercowych otaczało mnie swego rodzaju szczęście które mimo wszystko doceniłam dopiero po stracie. Żałuję ze nie opisałam jego oczu, jego dotyku, jego śmiechu który przy mnie był szczery aż do bólu. Żałuję że nie opisałam jak się czułam w jego ramionach... jak się czułam gdy tak nieśmiałe powiedział mi że mnie kocha... Żałuję że nie opisałam jak się czułam gdy dowiedziałam się że całował się z moją koleżanką (choć nigdy nie byłam jego "dziewczyną"). Żałuję że nie opisałam jak się czułam przy naszym pierwszym pocałunku... (Był dziwny i chyba średnio na miejscu) Ale gdybym to wszystko opisała to byście wiedzieli... wiedzielibyście że to co nas łączyło to nie miłość kochanków(próbowaliśmy i tego)... Choć byliśmy dla siebie kimś więcej niż przyjaciółmi nigdy nie byliśmy parą... i ja tego nie umiałam pojąć ale gdybym zaczęła to opisywać na bieżąco ? Kto wie... może wszystko potoczyłoby się inaczej...
Dodaje tą piosenkę co jakiś czas... ale too bardzo ważna piosenka dla mnie...
Pełno sprzecznych emocji i uczuć... Boję sie ze wspomnienia kiedyś wyblaknął mimo ze jestem pewna że będą dręczyć mnie już całe życie... ale chciałabym pamiętać KAŻDY szczegół... każdy ruch... Czasem chyba wolałabym zakopać sie w przeszłości i nigdy nie wychodzić... Zostać tam całą wieczność. Czuć sie bezpieczną i kochaną. W tym co tak dobrze znam (a raczej znałam...) Chciałabym jeszcze przez kilka chwil czuć ze to co posiadałam było tak bardzo prawdziwe jak wtedy mi się wydawało... Często widze jego twarz... śni mi sie i nie mam odwagi nawet powiedzieć ze tego nie chcę. Chce czuć ze jest blisko. A skoro może być tylko we śnie ? To będę śnić puki mi na to rozum pozwoli. Jestem odważne i żyję... a staram sie robić to tak jak zawsze tego chciałam... tyle ze w nocy żadna z podjętych decyzji nie zmieni faktu ze GO nie ma. Ciekawe czy mi to przejdzie... znowu sprzeczność. Chciałabym o nim zapomnieć tak bardzo jak chce pamiętać WSZYSTKO. Nie byo między nami jakiejś chemii czy czegoś w ten deseń ale to co nas łączyło było o wiele ważniejsze. I gdyby ktoś sie wtedy zapytał to dałabym sobie rękę obciać za to ze zawsze będziemy obok siebie. Stać za soba murem i zawsze w siebie wierzyć. A dziś chodziłabym bez ręki... Teraz wakacje... Nie będę musiała na niego patrzeć przez całe 2 miesiące i tutaj znowu... z jednej strony sie cieszę że nie będzie tego bólu związanego z tym ze muszę na niego patrzeć codziennie na lekcjach, ale z drugiej strony aż mi serce krwawi bo nigdy nie mieliśmy takiej długiej rozłąki. Kiedyś nie umiałam weekendu sama przeżyć a teraz? Miesiąc juz go niema i na dodatek (jeśli oczywiście dożyję do końca życia) będę egzystować tak do końca... Bez mojego najlepszego przyjaciela.
Dzisiaj nadszedł czas na podejmowanie decyzji... no cóż.
Minął pierwszy miesiąc mojej samotności i ku mojemu zdziwieniu świat się nie skończył, niebo nie spadło nikomu na głowe a wszystko jest na tym samym miejscu na którym było jeszcze dwa dni temu. Dziwne... Oczywiście przepłaciłam ten dzień łzami bo jak na ironie losu rodzice zabrali mnie tam gdzie podjęłam z NIM decyzję o "wspólnym życiu". Siedziałam i nie mogłam powstrzymać narastającego we mnie żalu i niepohamowanego gniewu... Patrzyłam na siedzenia na których świadomie poznawaliśmy się poprzez godziny rozmów i wiedziałam mnie i JEGO jakieś pół roku wcześniej. Byliśmy szczęśliwi i tacy szczerzy. Nasza relacja była po prostu piękna i mogłoby sie wydawać że nikt nie jest w stanie jej zachwiać.
Ale wracając do dzisiejszego podejmowania decyzji... Słońce mocno świeciło, w uszach miałam słuchawki... W trakcie jakże uroczego i samotnego spaceru (w drodze do dentysty) z dobrą muzyką... stwierdziłam ze mimo wszystko słońce świecić nie przestanie a moje problemy i cierpienie tak naprawdę dla świata nie znaczą nic więc mogę sobie akurat dzisiaj odpuścić. Tak sobie szłam i szłam zachwycając się "innym" światem. Niemym światem (lubię oglądać świat gdy w moich uszach głośno gra muzyka). I zdałam sobie sprawę że czas pozamykać pewne "przymknięte rozdziały". Czas pokazać ta nową odwagę nie tylko ludziom ale i samej sobie. I podjęłam jedną z najważniejszych decyzji pokazując że nie tylko proszę o to żeby ktoś szanował mnie i mój czas ale też to ze ja sama szanuję siebie, mój czas i moje życie. I spokojnie mogę powiedzieć SPIERDALAJ ludziom którzy tego nie rozumieją. Bo kiedyś to ludzie byli dla mnie najważniejsi a teraz najważniejsza jest dla mnie moja osoba. Przynajmniej do tego dążę.
Wracając do życia... Gdy znajdę się między ludźmi jestem silniejsza niż zawsze, odważniejsza. Czuję że mam władzę i wiem że to raczej ta ciemna strona mocy przed którą sie długo broniłam. Chyba im mniej mam do stracenia tym bardziej potrafię zluzować. Potrafię się "bawić", nie przejmować sie ludźmi. Mam wyjebane i jest mi z tym dobrze. Osoby których zachowanie mnie zazwyczaj w jakiś sposób dotykało przestały robić na mnie większe wrażenie. Otworzyłam się... nie boję sie powiedzieć co myślę i jak widzę pewne sprawy... Przestałam sie przejmować i nie jest dla mnie kłopotem powiedzieć do kogoś ze jest po prostu pierdolnięty (jeśli taki jest) Wszystko co fałszywe wyrzuciłam. Stałam sie kimś innym i narazie choć przerażam czasem samą siebie chyba to jest mój nowy sposób na znalezienie własnego ja. Co innego gdy kładę sie spać... wtedy rany które goić sie zaczną za długi, długo okres czasu pieką mnie i nie dają spać... Porządna dawka tabletek nasennych i jest po kłopocie. A teraz najważniejsze to robic tak by problemów i kłopotów nie było bo trzeba żyć!
Pięć lat wspólnej wędrówki... Zaufania i miłości... Żeby wszystko skończyło się tak po prostu... Mało wiarygodne ale bardzo (aż za bardzo) prawdziwe. Miałam jeszcze nadzieję i żyłam nią każdego dnia tracąc umiejętność samodzielnego oddychania. Aż wreszcie doszłam do siebie i postanowiłam ze to naprawię. Bo kto jak nie ja ma się o NAS starać? Tyle że po jego ostatnich słowach jestem przekonana że nie warto się poniżać tylko po to żeby żyć jeszcze przez parę tygodni w tak obłudnej nadziei na lepsze jutro, na odbudowanie TEJ jednej, konkretnej przyjaźni która była dla mnie prawdziwsza niż cokolwiek innego na świecie. Mogą mówić że jeśli przyjaciel odchodzi to nim nie był i ja sama też mam czasem ochotę wykrzyczeć mu w twarz że to najprawdziwsza prawda ale tak nie jest. Czułam się bezpieczna, kochana i doceniana... ufałam mu jak nikomu innemu na świecie i przez tyle czasu był dla mnie przyjacielem, mężczyzną i bratem. To była prawdziwa przyjaźń ale niestety... dostałam bardzo brutalną lekcje od życia ze ludzie zawodzą... nawet Ci najbliżsi... że nie można pod żadnym pozorem ufać komukolwiek bezgranicznie, że zawsze trzeba być przygotowanym na najgorsze. Przykro mi że przez sytuacje ostatnich tygodni resztę mojego życia będę się zastanawiać kto mnie zawiedzie i czy osoba której powierzam cokolwiek zrani mnie teraz czy za jakiś czas.
Takie chwile, sytuacje i zdarzenia to operacje nie na jednym a na dwóch otwartych sercach... Uważam ze jeśli między ludźmi rodzi się tak poważna i zażyła relacja to Ci ludzie są za siebie w jakiś sposób odpowiedzialni... Nie można zostawiać przyjaciół tak po prostu... Z dnia na dzień... Bez wyjaśnień... (choć bezsensowne wyjaśnienia które przyszły z czasem były chyba bardziej bolesne niż ich brak)
Nie miała już nic... Zdała sobie sprawę że wszystko co miała do
stracenia bardzo dawno temu już straciła. Całe swoje dotychczasowe życie
okazało się śmieszną iluzją. Straciła wszystko z własnej lub z cudzej
inicjatywy bo bywało różnie... czasem sama doprowadzała do zniszczenia
części siebie tylko dlatego ze ktoś bardzo subtelnie ją do tego
nakłaniał. Straciła serce, miłość, przyjaźń, człowieczeństwo, emocje,
uczucia, straciła samą siebie. Stała się pustą skorupą. Przestała
walczyć z ludźmi którzy kiedyś byli dla niej zagrożeniem. Bo po co ? Nie
da się ranić człowieka bez serca... Przestała walczyć o siebie. Nie
potrafiła rozmawiać, skupić się, uczyć się, przebywać,funkcjonować,
żyć... Jedyne co robiła to oddychała i nawet to nie przychodziło jej z
łatwością. Zawsze była przy niej muzyka, która również znalazła sobie
innego towarzysza. Została sama, brakowało jej wszystkiego...
jakiejkolwiek relacji. I nagle zjawił sie ktoś... zwykły znajomy, który
bardzo wolno stawał się kimś więcej. Ze zwykłego znajomego awansował na
''kolegę'', później zaczął ją poznawać (choć tak naprawdę nie było już
czego)... zaczął jej pomagać. Trzymał ją (świadomie lub nie... może
zdawał sobie sprawę że sama stać nie umie... że musi sie od początku
nauczyć żyć) Wypełnił ją sobą choć oboje nie mieli o tym pojęcia. Stał
sie jej bratem... przyjacielem. Był z nią wszędzie i zawsze. Przestawała
czuć sie pusta... Pozbierał jej połamane i zdeptane serce. Obiecał że
razem je posklejają po czym w nim zamieszkał. Stworzyli ''relacje''
której ona tak bardzo potrzebowała. Poczuła szczerą bezinteresowną
miłość którą widziała w jego oczach. On się nią opiekował. Czuła się
przy nim bezpieczna. Wiedziała że chłopak zrobiłby dla niej wszystko.
Ale co potem ? Uzależniła się... jeden jego gest i spadnie niżej niż
poziom z którego poprzednio ją pozbierał. Zaczęła się bać. Ale zaczęła
wbrew sobie również kochać. Bo przyjaźń to jakiś tam rodzaj prawdziwej
najszczerszej miłości.
Napisałam to 16 stycznia.
Nie opublikowałam...
Wiecie co sie stało z tą dziewczyną ? W marcu już wiedziała ze ten przyjaciel to ktoś dużo więcej niż "tylko" przyjaciel. Odżyła i nareszcie mogła żyć pełnia życia... Zaczęła sie delikatnie oddalać od niego mówiąc sobie ze boi sie przywiązania. Znalazła sobie nowych "znajomych" związała sie bliżej ze swoja przyjaciółką. Aż wreszcie nie wiadomo skąd ten chłopak ją porzucił i choć ona wykreowała sobie namiastki samodzielnego życia w jednej chwili wszystko się załamało. Ta dziewczyna od bardzo dawna nie musiała żyć sama... Nie wiem czy ona jeszcze to potrafi... I brak jej słów by opisać tą głośną ciszę która wokół nich krąży...
Nie wierzę w to co się dzieje. Nie wierzę w to całe życie. A to wcale nie jest zły sen. To koszmar na jawie. Myślałam ze gorzej być nie może i w sumie nie miałam pojęcia co czuję dopóki nie straciłam kogoś mi tak bliskiego. Dlaczego? Bo ktoś kto mnie stworzył kpi sobie ze mnie. Z całego tego gówna w którym się znajduję. Nienawidzę siebie za to ze do tego dopuściłam. I nienawidzę go za to ze ja nie umiem tego przeżyć. Tego że przez tyle lat był blisko a teraz nagle go nie ma... Ja nie umiem tego zrozumieć. Nie potrafię. Jeszcze niedawno myślałam że całe życie mi się zawaliło. Że już gorzej być nie może i Bóg wie jak bardzo się myliłam. Czuję ze umieram. Po prostu każda część mnie umiera... Ja już tak dalej nie chce. Dziękuję mojej przyjaciółce za to że towarzyszy mi w mojej bezgranicznej samotności. Jest najlepszym człowiekiem na świecie. To świat jest do dupy.
Dlaczego czuję się odepchnięta? Gdzieś na drugim planie jego życia ? A zawsze byłam ważna... Czuję się z tym dziwnie... I czuję się tak samotna... najbardziej gdy to właśnie on siedzi przy mnie. Chciałam udawać że wszystko jest ok... Opowiadam głupie historie i chce udowodnić że po prostu mam ochotę z nim rozmawiać... Ale on? Oczy wciąż rozbiegane... Widzę że mnie nie słucha... ma mnie w dupie. Gdy tylko kończę mówić odwraca się do koleżanek. Przestałam być kimś a zaczęłam być nikim. Tak szybko? Dziwne... W chuj krzywa akcja. Nie wiem czy sobie z tym radzę czy mam po prostu "górkę przed dołkiem". Tak się oddaliliśmy ... a najgorsze w tym wszystkim jest to że on na to wszystko zaczyna mieć wyjebane. To nie jest dobrze! To jest wręcz bardzo niedobrze! Mam to wszystko tak zostawić ? Udawać że nic sie nie dzieje i patrzeć jak moja przyjaźń (zalążki niedołężnej miłości ? ) zaczyna się rozpadać? Nie ma dla mnie czasu, nie może ze mną porozmawiać. Wszędzie jest go pełno tylko nie przy mnie. A jak już siedzi obok mnie to i tak myślami jest daleko daleko. No cóż... nie wiem co zrobić... Walczyć? Czekać? Zlekceważyć ? Potrzebuje porządnej dawki jego czystej obecności. Szkoda że z każdym dniem jest coraz gorzej. Aż mi się łezka zakręcił... Chciałam wrzucić kolejny kawałek Ani i w sumie nawet wiem jaki ale nie... dziś będzie to JEGO ulubiona wokalistka. Piosenka która całą sobą... każdym słowem i dźwiękiem przypomina mi jego dotyk, słowa i oddech.
Faza na Anię Dąbrowską nadal trwa wiec zaszczycę was kolejnym jej niesamowitym kawałkiem... Choć coś mi sie zdaje ze wykonania tej mistrzyni będą tu jeszcze trochę królować... Teksty piosenek... Słowa które ona śpiewa z każdym kolejnym dźwiękiem nabierają mocy... Muzyka dość melancholijna ale to mnie w niej najbardziej zauroczyło. Wszystko w tym samym stylu i wszystko "na poziomie".
Po prostu bajka.
Choć rozumiem że nie wszystkim może się podobać ... moja siostra zawsze każe mi wyłączać wszystkie jej kawałki i w sumie zawsze jestem zła. Ale ostatnio jak spałam obudziła mnie bo nuciła sobie jedną z tych wspaniałych piosenek. Byłam w szoku :)
Chyba wróciłam... Z nowym żalem do ludzi i do siebie samej...
Napisał ze gdybym GO nie poznała to nie byłoby problemu (ja nie miałabym problemu i całego tego śmiesznego dramatu w którym on jest całym centrum). I pewnie ma racje bo to jest dość logiczne tyle ze są setki ale... Gdybym go nie poznała na pewno bym tak nie cierpiała... nie płakałabym po nocach i pewnie miałabym całe serce aczkolwiek wtedy bym nie wiedziała co to miękkie kolana, prawdziwy pocałunek, miłość... Nie zaczęłabym pisać, nie wiedziałabym co to znaczy czekać na kogoś tak bardzo i tęsknić za kimś każdego dnia od nowa. Nie wiedziałabym co to znaczy cieszyć się z każdej jednej chwili spędzonej z jedna konkretną osoba która nie umie tego odwzajemnić.
Choć z drugiej strony gdyby nie wiedziała tego czego teraz wiem że bym nie wiedziała wcale nie było by mi przykro, prawda? Pewnie umiałabym się szczerze uśmiechać. Umiałabym po prostu żyć... Czyż nie ?
Ale warto sie zastanawiać jak by wyglądało moje zycie gdybym go nie poznała ? Jest sens? Nic nie zmienię... nie umiem się od niego uwolnić wiec całe życie będę obok niego. I będę czerpać z tego jak najwięcej korzyści choć czasem jest Ciężko... Może jestem masochistką... A może po prostu nie umiem być daleko ?
Napływ myśli mnie powoli zabijał... (ironiczne). Nie umiałam się skupić a jedyne o czym marzyłam to przestać myśleć... Bałam się .. bałam się ze coś się stanie... Mam dziwne wrażenie i jakąś gorzką wdzięczność w sercu że gdyby nie wczorajsza nocna rozmowa z pewnym człowiekiem dziś by mnie tu nie było... Przerósł mnie fakt że nigdy w życiu nie spełnię moich marzeń... że nie jestem w stanie walczyć. Nie mogę... Nic nie chcę, na niczym mi nie zależy... Przestałam nawet marzyć i śnić... nie mam ochoty śpiewać ani pisać. Nie umiem wstać z łóżka i udawać ze oddychanie jest rzeczą naturalną... że umiem prawidłowo funkcjonować. Myślę tylko o jednej rzeczy... I te myśli mnie przerażają. Nie chcę się tutaj użalać nad sobą ale w sumie gdzie indziej ? Chyba przestałam sobie radzić. Przestałam nawet chcieć sobie radzić. W jednej chwili nie czuję nic a w drugiej czuje wszystko. Zaczęłam rozumieć pewne życiowe sytuacje które kiedyś były dla mnie niejasne... Rozumiem co to znaczy być nieszczęśliwym... A może raczej nigdy tego szczęścia nie zaznać... Być wypranym z uczuć i emocji. Być pustym i bezwartościowym opakowaniem dla czegoś co odeszło.
Wczoraj... ten świat miał więcej barw... był tak radosny... każdy delikatny podmuch wiatru zdawał się być przyjemny i rześki... Miał kolor szczęścia i radości... A niebo? W jakim kolorze wczoraj było MOJE niebo ? Ktoś głośno krzyknął że jest błękitne a ja patrząc w górę wiedziałam że w życiu nie słyszałam większej bzdury... Bo moje niebo miało kolor miłości... tak... Dokładnie, było w kolorze miłości z delikatną domieszką żalu który przecież zawsze towarzyszy temu uczuciu.... Siedziałam na schodach wśród przyjaciół i wdychałam każdą z barw po kolei... Te wszystkie barwy dawały mi jakąś moc dzieki której czułam sie dobrze .. a nawet lepiej niż wcześniej ... dużo lepiej
Te wszystkie barwy dawały mi jakąś moc dzieki której czułam sie dobrze .. a nawet lepiej niż wcześniej ... dużo lepiej... Zapach tych barw był oszałamiający... Piękny i kuszący...
-Agnieszka!
-Co?
I nagle wszystko wróciło do normy ... szaro-błękitne niebo stało się aż nazbyt realne... Słońca brak... W powietrzu dało się poczuć zapach zgnilizny mieszany z jakąś tanią perfumą gościa który przed chwilą przechodził i jeszcze paskudny odór moczu i potu unoszący sie w tych ruinach. Swiat przestał być taki szczęśliwy i radosny i przestałam odczuwać na skórze aksamitny dotyk miłość...
Trzeba zrobić tak żeby to wszystko wróciło i skrzywiło mi obraz rzeczywistości... Tyle że tym razem już wiem ja to trzeba zrobić...
Czy wy też w tej nucie dostrzegacie desperackie wołanie o pomoc ?
Między cynicznymi słowami da się wyczytać rozpaczy i ból.
A możne jestem przewrażliwiona na punkcie takich rzeczy...
Chciałabym powiedzieć ze jeżeli kobieta milczy to robi to z reguły głośno i dobitnie nie bez powodu nawet jeśli twierdzi ze wszystko jest ok... A jeśli mówi że teraz wszystko jest tak jak być powinno to znaczy ze wszystko sie wali... Weźcie to pod uwagę...
W samotności pomiędzy wszystkimi ludźmi którzy mnie otaczają i wciąż czegoś ode mnie chcą ... Czasem mam dość. Kiedyś za wszelką cenę chciałam być niezależna i wolna. Teraz mam więcej wolności niż bym tego autentycznie chciała. Można się uwolnić od wolności ? Tylko że już chyba jestem od niej uzależniona... Chcę sama decydować o swoim życiu a jednocześnie potrzebuję kogoś kto pokaże mi gdzie iść może nawet z kim(?). Takie sprzeczności nie dają mi spokoju...Takie sprzeczności gdzieś we mnie tkwią i mną miotają. Chciałabym dać wszystkim ludziom szczęście. Dzielić sie uśmiechem i być przy tym sama szczęśliwą. Tyle ze sama tego uśmiechu znaleźć nie umiem a co dopiero obdarowywać nim innych. Gdy idzie się ulica przez miasto to widać... mało kto się uśmiecha... Czy ludzie są szczęśliwi ? Czy w naszej społeczności jest coś takiego jak szczęście ? A możne sami szukamy sobie problemów ? Może po prostu lubimy być nieszczęśliwi... ?
Tak całkiem z innej beczki... Oczywiście temat rzeka i jesteś świadoma że nie ma jednoznacznej odpowiedzi ale jestem też ciekawa co wy o tym myślicie ... Istnieje przyjaźń damsko-męska? Temat wałkowany chyba od początku ludzkości... mam swoje zdanie na ten temat aczkolwiek są dni gdy myślę inaczej... Powiedzmy ze jestem pewna że nie istnieje tyle że jest możliwość że się mylę (?)
Kiedyś trzeba powiedzieć sobie dość... tylko kiedy ? Czasem nie wiem co jest rzeczywistością a co dzieje się naprawdę ... Czy uczucie jest prawdziwe czy to tylko nasze urojenia... Nie wiem już czy to miłość czy może tylko wybór... Do tego wszystkie romanse... Jak długo można prowadzić otwarty związek i być wiernym swojej miłości ? Swoim wyborom ? Właśnie tego nie wiem ... Czuję się zagubiona i mam wrażenie że z dnia na dzień gubię się coraz bardziej i nawet już nie jestem pewna czy ja wgl chcę się odnaleźć ... mam takie dni kiedy potrzebuje żeby ktoś po prostu przy mnie był ... czasem chce z kimś rozmawiać godzinami... Są chwilę kiedy pragnę czułych pocałunków, delikatnego dotyku dłoni... a jeszcze kiedy indziej potrzebuję faceta który będzie się zachowywał jakbym była jego własnością .. Żałuję ze nie może być to jeden człowiek... Że ten jedyny nie może być wszystkim tym czego potrzebuję :(
Nie może (?) A może nie chce ... (?)
Brnę coraz bardziej... coraz szybciej w świat w którym nie powinno mnie być a jestem w nim cała i tam jest wygodne... genialne wręcz wolne miejsce dla mnie ... Może nie jest moje ale zaczynam pasować do tego wszystkiego idealnie...
Szaleć to szaleć ale gdzie są jakieś granice ? Kto powie mi dość? Czy za jakiś czas będzie osoba która jeszcze dziś ma siłę/moc by to wszystko przerwać... zakończyć (?)
środa, 17 kwietnia 2013
Za dwa dni koncert ! Czekam na niego od początku grudnia :) Wcale nie dlatego ze uwielbiam Ellie Goulding bo jak dla mnie dziewczyna jest bez większej rewelacji ale ... Jadę na ten koncert z NIM :)
Jeśli jego jakieś malutkie marzenia mogą się spełniać dzięki mnie to i ja czuje się w jakiś sposób spełniona. Miałam takie szatańskie i skomplikowane plany na ten dzień (stwierdziłam że albo mnie pocałuje albo nic już z nas nigdy nie będzie) a tu wszystko tak dobrze się ułożyło ze nie muszę już nic planować :) Czasem to wszystko mnie zadziwia i zaskakuje...
Żyję jakby na pół jawie... wiem że się obudzę... wiem że powinnam cierpieć... właśnie teraz, ale nic takiego się nie dzieje... może przekroczyłam pewne granice ? Może już bardziej się nie dało więc moje serce to po prostu to wszystko olało ? Bo to nie jest tak ze przestałam wraz z cierpieniem czuć miłość czy radość... Może nauczyłam się żyć bez niego ? Jeszcze wczoraj chciałam żeby za wszelką cenę został przy mnie a dzisiaj już jestem zakochana w kimś innym... Jak to możliwe? Pomyliłam uczucie wiecznego strachu o swoje stargane uczucia z miłością ? Tak bardzo się bałam że on mnie zniszczy że nawet nie wpadłam na pomysł ze tak naprawdę można go po prostu zostawić... Teraz czuję się bezpieczna... Wiem że jestem na właściwym miejscu z właściwym człowiekiem. Ze moja dłoń jest w tej jedynej dłoni. Ci którzy mnie znają wiedzą że rzadko bywało tak że kochałam i byłam z jednym mężczyzną jednocześnie... Tak naprawdę to nigdy tak nie było, przecież darzyłam prawdziwym uczuciem tylko jednego człowieka jak do tej pory i nigdy z nim nie byłam... a tu nagle zdałam sobie sprawę z tego ze ta miłość nie była tym czego potrzebowałam ... niektórzy mówią ze potrzebuje kogoś kogo będę mogła kochać tylko z daleka ale wcale tak nie jest. Więc zerwałam każdy romans jaki do tej pory mi towarzyszył. Na rzecz miłości którą razem zbudujemy.
Jeszcze niedawno miałam problem z określeniem czego tak naprawdę chcę ... Czy faceta którego kochałam tak długo... Czemu wciąż towarzyszyły łzy, strach przed utratą i jednoczesne wciąż towarzyszące mi uczucie straty i nienawiści... niespełnionego marzenia... wieczne cierpienie... Czy człowieka przy którym czuję sie bezpieczna... ufam mu... czuję ze mu na mnie zależy i czuję się kochana , widzę że wszystko sie rozwija... Jeśli na mojej twarzy występują łzy to są to łzy radości i wzruszenia... I zaczynamy świadomie budować uczucie na fundamentach prawdziwej niczym nie zachwianej przyjaźni (były lepsze i gorsze dni ale wszystko przetrwaliśmy)
Więc wybór choć nie powiem ze łatwy, był oczywisty. I tego mi było trzeba... dokonać wyboru i dokonać go tak żebym to ja nareszcie była szczęśliwa.
Pewien mądry człowiek całkiem niedawno powiedział mi że właściwego wyboru nie ma... ze zawsze ktoś będzie cierpiał i że ja sama w jakiś sposób też poczuję stratę ale jeśli nie podejmę tej decyzji to będę do końca życia tego żałować. Mogę czekać na któregoś z nich i wziąć tego który pierwszy okaże mi miłość tyle że potem do końca życia będę wiedziała że ten wybór nie był mój tylko któregoś z nich. I zawsze będę się zastanawiała co by było gdybym poczekała jeszcze trochę. A ja tak nie chcę. Chcę żeby wszystko było moim wyborem i moją decyzją i chcę wierzyć ze wszystko co wybiorę będzie dyktowane moim sercem.